niedziela, 9 listopada 2014

PIERWSZY TANIEC cz. 1




Jakiekolwiek  umiejętności taneczne posiadamy– większe lub mniejsze – kwestia pierwszego tańca nie powinna być traktowana po macoszemu. Według mnie, każda para powinna poćwiczyć, lub chociaż PRZEćwiczyć swój taneczny pokaz. No chyba, że należymy do grupy zawodowców - w tym przypadku trening raczej nie jest aż tak konieczny : ))))  Wydaje mi się, iż wiele par wychodzi z założenia, że lepiej lub gorzej, ale jakoś tam potrafią tańczyć, w związku z tym „jakoś” to będzie. Otóż, uwierzcie mi, nic bardziej mylnego. Moim zdaniem, nawet jeśli jesteśmy dobrzy w danej dziedzinie, warto - zanim się w niej zaprezentujemy - potrenować. Na moim przykładzie: mam doświadczenie zawodowe jako specjalista ds. rekrutacji, ale zawsze, podkreślam ZAWSZE, przed każdą nową rozmową o pracę poświęcałam czas na przygotowanie się. Mimo iż, jakby się mogło wydawać skoro mam doświadczenie, dokładnie powinnam wiedzieć czego się spodziewać. I to w każdej sytuacji i najlepiej z tzw. marszu  : )    Ja i mój mąż potrafimy tańczyć. Nie znamy może jakichś zawodowych figur, ale pod pojęciem potrafimy mam na myśli, że „rozumiemy się” w tym tańcu, mamy poczucie rytmu, itd. Przed naszym WAŻNYM DNIEM postanowiliśmy jednak trochę potrenować. Było to dosłowne trochę, gdyż wzięliśmy 1,5 godziny lekcji u profesjonalisty, i w zasadzie tylko po to, aby pokazał nam może jakieś nowe „chwyty”, których nie znamy i udowodnił mojemu mężowi, że da się zatańczyć do piosenki, którą  wybrałam (wyjawię jakaż to : ) ), gdyż Michał uparcie twierdził, że absolutnie się nie da. Potem po prostu  z pięć razy potańczyliśmy w domu – dokładnie w garażu : )  Muszę powiedzieć, że po naszym pierwszym tańcu goście pytali  ile miesięcy poświęciliśmy na przygotowanie naszego „show”. Gdy powiedziałam, że może razem zajęło nam to około 3 godzin, niektóre osoby nie mogły wyjść z podziwu, jeszcze inne chyba nie do końca uwierzyły : ) Tak więc chyba  udało się zrobić dobre wrażenie. Dlatego uważam, że nie powinno się myśleć „coś się wymyśli,  przecież potrafimy tańczyć”. Naprawdę warto przygotować się do pierwszego tańca, nawet jeśli wygibasy na parkiecie przychodzą nam z duża łatwością i mamy dobry słuch oraz poczucie rytmu : )  Do jakiej piosenki zatańczyliśmy? Do takiej, która bezwzględnie jest jedną z moich ulubionych, najulubieńszych, najukochańszych  : )  Według mnie nie ma piękniejszej piosenki o miłości. I to jeszcze takiej, która tak idealnie oddawałaby to, jak „widzę” to co nas łączy. Zatańczyć do tego utworu  stało się  moim marzeniem w momencie, w którym zakochałam się w tej piosence, a potem w moim mężu : )  



poniedziałek, 3 listopada 2014

NA DOBRY POCZĄTEK cz. 2




Najczęściej „rozluźnienie” atmosfery na początku wesela jest zadaniem, które należy do zespołu czy wodzireja. Przedstawianie gości, o którym pisałam w poprzednim poście, to niewątpliwie zadanie dla pary młodej, takiej która,  jak już wspomniałam, nie boi się występów z mikrofonem. Innym pomysłem na przełamanie pierwszych „nieśmiałości” wśród gości (ale rym : D ),  którego wykonanie należy do pary młodej jest „rozdanie dyplomów” : ) Nigdy wcześniej się z tym nie spotkałam aż do dnia 23 maja tego roku, kiedy miałam okazję uczestniczyć w weselu Kasi i Przemka. Sama zostałam takim dyplomem nagrodzona : ) Był to pomysł autorski pary młodej, który bardzo mi się spodobał – aczkolwiek przedstawianie gości, które owa wspomniana para młoda mogła zaobserwować na moim weselu, również miało miejsce, co bardzo mi schlebia, gdyż miło jest kiedy ktoś docenia to co robisz : )  Kiedy usłyszałam swoje imię i nazwisko byłam przekonana, że dostanę dyplom za największy brzuch - byłam wtedy  w 8 miesiącu ciąży. Ale jak się okazało młodzi postanowili nagrodzić mnie za najdłuższe imię i nazwisko wśród gości : ) Były też  dyplomy za: najkrótsze imię i nazwisko, najszybsze potwierdzenie przybycia na wesele, najdłuższy dystans przebyty, aby dotrzeć na wesele, podobieństwo do Arnolda Schwarzenegera i kilka innych, których niestety w tej chwili już nie pamiętam. Pomysł jednak uważam, za baaardzo oryginalny i godny naśladowania. Na pewno można się pośmiać wysłuchując za co też goście zostali „uhonorowani” : )  Kolejnym, powszechnie znanym, sposobem na rozluźnienie gości jest walc zapoznawczy. Czyli standardowo panie w środku, panowie na zewnątrz, muzyka się zatrzymuje, odwracamy się , tańczymy z tym kto stoi przed nami. Potem kółeczka tworzone są odwrotnie. Często zespół, czy wodzirej wydaje przy kolejnych tańcach „polecenia” , na przykład „proszę się przedstawić”, „teraz proszę podać swój numer telefonu”, itd. Oczywiście  polecenia takie jak podanie numeru telefonu są dla żartów  : )  Zespół może też zaaranżować odtańczenie poloneza co również może stanowić dobrą formę na rozpoczęcie wspólnej zabawy. Mam nieodparte wrażanie, iż miałam napisać o czymś jeszcze…..W każdym bądź razie jeśli rzeczywiście coś jeszcze miałam opisać, a mi umknęło, to na pewno w końcu się przypomni : ) A na tą chwilę – tyle ; D




czwartek, 30 października 2014

NA DOBRY POCZĄTEK




Jak to mówią: początki bywają trudne. Pamiętam, że gdy chodziłam do szkoły zawsze ciężko było mi zacząć pisanie wypracowania. Ale jak już „poszedł” wstęp to i reszta : )  Jeśli chodzi o wesele to myślę, że takim trudnym początkiem może być moment kiedy „trzeba” zacząć się bawić. Chociaż akurat w tej kwestii jak i każdej innej TEGO DNIA przywilej pierwszeństwa dzierży para młoda (pierwsi dostają obiad to i pierwsi muszą zacząć zabawę : )  ), to jednak niektórym gościom przełamanie pierwszych lodów może przychodzić z trudem. W końcu nie wszyscy są nadzwyczaj towarzyscy i otwarci, więc mogą się czuć skrępowani przed rodziną i znajomymi drugiej strony. Kolejne utrudnienie zrobienia pierwszego kroku może wynikać z faktu, że ciężko jest rozpocząć szalone tańce kiedy za oknami jeszcze widno (mam na myśli oczywiście wesela odbywające się wiosną i latem). Jakoś utarło się, że z „balowaniem” kojarzy nam się raczej ciemność. Istnieją  pewne sposoby na, choćby minimalne, rozluźnienie atmosfery i przełamanie pierwszych nieśmiałości i to właśnie nimi zajmiemy się w kolejnych postach. Na początek coś, z czym prawie 10 lat temu spotkałam się na weselu znajomych, a co bardzo mi się spodobało i postanowiłam wykorzystać  również u siebie. Chodzi o przedstawienie sobie gości. Oczywiście nie na zasadzie, że każdego przedstawiamy po kolei każdemu : )  Chodzi o wywołanie gości po imieniu i powiedzenie kilku słów odnośnie każdej z osób, przede wszystkim tego kim jest dla nas ta osoba. Pani młoda prezentuje swoją rodzinę, pan młody swoją. Uważam, że jest to bardzo fajny pomysł. Przede wszystkim dlatego, że wzbudza ciekawość gości – każdy po kolei zastanawia się co też ona/ on o mnie powie i chętnie słuchają o innych. Zawsze można też zażartować, iż należy uważnie słuchać, bo na zakończenie wesela o godzinie 4 będzie test : )  Żeby zdecydować się na „taki krok” musimy być osobami, które w miarę lubią lub chociaż nie wstydzą się „występów” przed „publicznością”. Na dodatek z mikrofonem : )))  Akurat ja żałowałam, że nie mogę mieć go cały czas  : D   Jeśli już zdecydujemy się na takie przedstawianie, to warto jest przygotować sobie kilka słów na temat osób, o których przyjdzie nam mówić i przećwiczyć to chociaż jeden raz. Jest to o tyle ważne, żeby sprawdzić ile nasza „mowa” będzie trwała. Zbyt długie mówienie spowoduje odwrotny skutek, tzn. wszyscy zaczną się nudzić. Tak więc należy znaleźć złoty środek – mówimy nie za krótko, ale też niezbyt długo. Pomysł ten może niekoniecznie sprawdzić się przy liczbie gości równej 100 i więcej – ze względu na zbyt długi czas trwania oczywiście. Zawsze jednak można zdecydować się na skróconą jego wersję  - na przykład przedstawić „osobno” tylko rodziców jednej i drugiej strony, a potem  pani młoda prosi swoją rodzinę o wstanie i przywitanie rodziny męża czy wyrecytowanie zbiorowo jakiejś zabawnej rymowanki, a potem odwrotnie. Można też inaczej zmodyfikować owy pomysł i zaryzykować, aby to pan młody powiedział kilka słów o rodzinie swej żony, a pani młoda o rodzinie swego męża. Nie radziłabym jednak takiego rozwiązania, gdyż  może to popsuć relacje z dopiero co „nabytą” teściową. Zwłaszcza kiedy do mikrofonu dorwie się panna młoda : D

C.D.N.




niedziela, 26 października 2014

SESJA ŚLUBNA




Szczerze mówiąc dość długo zastanawiałam się o czym mogłabym napisać w poście dotyczącym tegoż tematu, tematu sesji ślubnej. Czy powinnam się powymądrzać odnośnie pozowania przed obiektywem? A może podać przykłady trików gwarantujących udaną sesję? Podpowiedzieć jakich „gadżetów” można użyć?  Wydaje mi się, że o ile w innych tematach dość łatwo można wypowiedzieć swoje zdanie, dać rady, wskazówki, pomysły, o tyle w tym przypadku nie jest już tak łatwo. Uważam, że nie na miejscu byłoby też krytykowanie sesji w stajni na sianie, na placu ze starymi magazynami, czy na torach kolejowych. Komuś te pomysły mogą się nie podobać, ale główni zainteresowani, czyli konkretna para młoda może być z nich bardzo zadowolona.  A więc to co mogę powiedzieć w poruszanym dzisiaj temacie brzmi: starajcie się bawić tymi chwilami przed aparatem tak, aby zdjęcia, które będziecie potem oglądać były takie, o jakich marzyliście. Wykorzystajcie pomysły, które macie, jakiekolwiek by one nie były – ważne, że Wam się podobają. Polecam też, aby zdecydować się na zrobienie zdjęć w miejscu, które w jakiś sposób dla Was obojga jest ważne, w którym czujecie się pewnie, z którym kojarzą się Wam miłe wspomnienia. My mieliśmy sesje ślubną w Trójmieście – najpierw na plaży w Gdyni, potem w Sopocie, a na końcu na gdańskiej starówce. Kocham Trójmiasto i osobiście nie jestem w stanie wyobrazić sobie lepszego miejsca na zrobienie zdjęć ślubnych. I o to w tym wszystkim chodzi : D



środa, 22 października 2014

MY BIŻUUUUU : )




Dobierając biżuterię warto zwrócić uwagę na odcień naszej sukni ślubnej. Te śnieżno białe będą, moim zdaniem, prezentowały się lepiej z dodatkami w odcieniu srebra. Natomiast do tych  w odcieniach cieplejszych, czyli  kremowym i ecru, lepiej będzie pasować  biżuteria o barwach ciepłych, czyli w różnych kolorach złota. Jednak,  jak w każdym przypadku, również i w tym nie musi być to regułą. Nikt nie powiedział, że trzeba łączyć odcienie zimne tylko z zimnymi i ciepłe z ciepłymi. Przy łamaniu konwenansów należy tylko pamiętać, aby po prostu nie przesadzić, czyli nie łączymy ze sobą rzeczy, które kompletnie do siebie nie pasują. Moja biżuteria, która znajduje się na zdjęciach poniżej, jest w odcieniach srebra, mimo, że suknię miałam kremową. Otóż, gdy w końcu nadszedł dzień, aby zdecydować się  na zakup biżuterii postanowiłam, że najpierw zabiorę ze sobą na przymiarkę coś srebrnego i coś złotego i sprawdzę, który „kolor” dodatków będzie wyglądał lepiej. Okazało się, że obydwa współgrają z moją suknią bardzo dobrze, co oczywiście niezmiernie mnie ucieszyło, gdyż automatycznie moje „pole manewru” w tej kwestii się powiększyło : )))   Z uwagi na to, że w złocie nie mogłam znaleźć dla siebie niczego, co by mi się podobało, zdecydowałam się w końcu na biżuterię z połyskującego srebra. Pasowała ona idealnie do kryształków Swarovskiego, które zdobiły mój gorset. Tak więc, to co zamierzam teraz powiedzieć  brzmi: zwracajcie również uwagę na zdobienia znajdujące się na Waszej sukni, nie zaś tylko na jej odcień ciepły czy też chłodny. Jeśli nasza suknia nie ma żadnych zdobień, żadnych cekinów, jest bardzo prosta to z biżuterią można, a nawet trzeba, poszaleć  : )))  Na pewno coś, co będzie w kolorze „niestandardowym” dla biżuterii doda charakteru takiej prostej kreacji. Jeśli suknia ma jakąś pojedynczą, małą aplikację, ale połyskuje ona w konkretnym odcieniu to ważne, aby, mimo tego, że zdobienie  jest małe, nie „gryzło  się” jednak z biżuterią jaką zdecydujemy się założyć. Ze swojej strony dodam jeszcze, że, jak w każdym przypadku, wszystko zależy od nas i tego czego my chcemy. Naprawdę jednak polecam mierzenie nie tylko sukni, ale także biżuterii : ))) Razem z suknią oczywiście : D